Przepowiednia
Rozdział Pierwszy
RPA, Kapsztad, czerwiec 2015 r.
Sangoma rzuciła kości. Właściwie nie musiała tego
robić. Od początku czuła, że wokół Amerykanina skupia się zła
energia. Minęło dziesięć lat od czasu, gdy przybyła do Afryki,
i jej zmysły były
teraz kilkakrotnie bardziej wyostrzone, niż gdy po raz pierwszy
odwiedziły ją duchy przodków.
Jej matka urodziła się w Kapsztadzie w czasach
apartheidu. Służyła w domu bogatych białych,
tak jak prawie wszystkie Murzynki. Zaraz po upadku apartheidu
angielska rodzina zabrała ją do swej posiadłości pod Essex.
Wzięła ze sobą swoją nastoletnią córkę Marię. I tam Maria się
wychowała. Tu nikt nie znał jej „białego” imienia. Od duchów
przodków otrzymała imię Mutsa, co znaczyło Łaska Boża.
Mutsa podniosła
wzrok na siedzącego przed nią młodego człowieka. Znała go od
pięciu lat, od jego pierwszej wizyty w Kapsztadzie. Spotkali
się, gdy zbierał materiały do artykułu o największych slumsach
Afryki. Slumsy Khayelitsha[1]
ciągnęły się trzydzieści kilometrów wzdłuż trasy z lotniska do
historycznego centrum Kapsztadu, obiegały miasto i rozbudowywały
się wzdłuż autostrady. Większość turystów w Kapsztadzie
stanowili zamożni biali Europejczycy i Amerykanie, choć od kilku
lat 80 procent pasażerów było biznesmenami, w wielu wypadkach
likwidującymi swoje interesy w Afryce Południowej.
Od upadku apartheidu w 1994 roku biali mieszkańcy
RPA emigrowali, głównie do Wielkiej Brytanii i Australii. Potem
część z nich wracała, bo białe kobiety wychowane w luksusie
w Afryce nie umiały sobie poradzić w świecie bez służby, nie
wspominając o konieczności pracy.
Biali nie wierzyli w opowieści o sangomach. Były
dla nich równie nierzeczywiste, co wróżki i krasnoludki. Maria —
obecnie Mutsa — choć czarna, myślała podobnie, mimo że matka
starała się wpoić jej jak najwięcej kultury jej ludu. Z
Amerykaninem było jeszcze inaczej. Gdy zyskał zaufanie
największych zbirów Khayelitshy, spytał, czy mają tu sangomę
i czy może z nią porozmawiać. Była niechętna, ale obiecał
zakupić żywność, która starczyłaby dla dzieci jej ludu na
miesiąc. Uległa.
Amerykanin zaczął się niepokoić. Sangoma zwykle
od razu mówiła mu, że jest w niebezpieczeństwie albo że może
spać spokojnie. To było jego czwarte spotkanie z nią i trzy
poprzednie przepowiednie sprawdziły się w całości. Ufał jej,
choć było to całkowicie sprzeczne z jego pragmatycznym
podejściem do życia.
— Gdy wszedłem, miałem wrażenie, że odczuwasz
aurę wokół mnie — powiedział.
— Tak, Robercie, odczuwam silniej niż
kiedykolwiek... Ale postanowiłam skonsultować się z duchami
przodków...
— Co chcą mi przekazać czcigodni przodkowie? —
spytał po długiej chwili milczenia.
— Napij się i opowiedz mi o swych planach —
powiedziała sangoma, podając mu piwo pszenne.
Gdy Maria przyleciała do Kapsztadu na wakacje,
była studentką medycyny. Matka, choć szczęśliwa, że córka chce
zobaczyć rodzinne strony, odczuwała dziwny niepokój. Starała się
nie protestować, ale jej ostrzeżeniom nie było końca.
Maria zameldowała się w małym pensjonacie prowadzonym przez
afrykanerską[2]
rodzinę od dwudziestu lat. Podczas śniadania zauważyła, że jest
jedynym czarnym gościem w pensjonacie. Była jeszcze rodzina
Hindusów, ale pozostałe stoliki zajmowali biali, żywo
dyskutujący, od czego zacząć zwiedzanie. Mężczyźni zawsze
chcieli wyruszyć do winnic, z których słynęła okolica.
Południowoafrykańskie wino było najlepszego gatunku dzięki
łagodnemu klimatowi i tradycyjnym metodom upraw, przywiezionym
tu wieki temu przez francuskich Hugenotów. Jednocześnie jego
cena była kilkakrotnie niższa niż we Francji.
Po śniadaniu Maria poszła na Waterfront —
najbardziej reprezentacyjne miejsce Kapsztadu. To tu
przyjeżdżali najzamożniejsi robić zakupy. Tu można było
bezpiecznie spacerować i cieszyć się słońcem i wiatrem.
Khayelitsha, którą zobaczyła z okien taksówki, skutecznie ją
wystraszyła, nie miała najmniejszego zamiaru tam się udawać.
Na Waterfroncie poczuła dziwny niepokój. Coś
kazało jej pójść na tyły Muzeum Oceanograficznego. Zobaczyła tam
jedynie kłębiący się tłum turystów z całego świata. A potem...
potem dostrzegła dziwną grę światła i cieni. Przesuwały się
w kierunku sąsiedniego Muzeum Morskiego i zniknęły za budynkiem.
Coś kazało jej pójść za cieniami i gdy znalazła się sama na
tyłach muzeum, usłyszała głos: „Pójdziesz jutro do Phozisy,
sangomy na południu Khayelitshy, ona ci powie, co masz robić
dalej”.
Obróciła się przerażona, by zobaczyć, że nikogo
obok niej nie ma. Wtedy uzmysłowiła sobie, że głos nie mówił po
angielsku, lecz w jakimś lokalnym języku. Jak więc mogła go
zrozumieć? „Muszę się napić czegoś zimnego. Od tego upału mam
omamy” — pomyślała. „To nie omamy, zrób, co ci każemy.
Zostaniesz sangomą. Nie wolno ci odmówić”.
Przerażona wróciła do pensjonatu i zamknęła się
w swoim pokoju. Matka opowiadała jej o sangomach, o tym, że nie
można samemu zdecydować się na taki „zawód”, że to duchy
przodków podejmują decyzję i że nikomu jeszcze nie udało się im
sprzeciwić. Nieposłuszeństwo karane było śmiercią.
— Jestem studenką medycyny,
wychowałam się
w Europie. Nawet nie znam języka mojej matki —
powiedziała głośno. — Jestem Brytyjką, nie wierzę w duchy!
„Twoja wiara nie ma nic do rzeczy” — usłyszała
głos w swojej głowie. Już wiedziała, że nie pochodził od
żyjącego człowieka. „Wybraliśmy cię, to zaszczyt. Jeśli nam nie
wierzysz, udowodnimy ci to. Będziesz spać mocnym snem, a rano na
środku pokoju znajdziesz szczurzycę, która właśnie powiła
potomstwo”.
Maria wybuchnęła śmiechem. „A więc duchy będą się
ze mną komunikować poprzez szczury! Dobrze, nie będę spać!
Zobaczę, kto robi takie głupie żarty”.
Na nic zdały się jej usiłowania. Zasnęła przed
północą, a rano na środku pokoju znalazła szczurzą rodzinę.
Właściciele pensjonatu byli tak przerażeni, że powiedzieli jej,
iż może zostać w hotelu cały tydzień za darmo, byleby tylko
nikomu o tym nie mówiła. Nie powiedziała.
Jakaś wewnętrzna siła kazała jej pojechać do
Khayelitshy. Ubrała wytarte dżinsy, zwykły biały T-shirt, by
wyglądać jak najskromniej, i weszła tam, gdzie żaden myślący
człowiek spoza tego świata nigdy by się nie zapuścił. Nogi same
zaprowadziły ją przed kolorową chatę.
Była to jedyna chata z prawdziwego zdarzenia
w całych slumsach — okrągła, murowana, kryta strzechą. Ściany
pokrywały kolorowe, geometryczne wzory, co wskazywało na to, że
mieszka tu ktoś z ludu Ndebele. Drewniane drzwi uchyliły się
i pokazała się w nich stara kobieta. Była tęga, jej wielkie,
ciężkie piersi zakrywał jedynie naszyjnik z kolorowych
koralików. Jej nogi, od kostek po kolana, zdobiły bransolety,
opaski, koraliki. Kobietom z ludu Ndebele i wielu innych ludów
zakładano takie ozdoby na nogi, gdy zaczynały wchodzić w okres
dojrzewania. Nie dało się ich później zdjąć. Miały im
uniemożliwiać bieganie i utrudniać chodzenie, by przypadkiem nie
uciekły od mężów. Sangomy nie miały od kogo uciekać. Nie wolno
im było wychodzić za mąż, obowiązywała je całkowita
wstrzemięźliwość seksualna.
Sangoma otworzyła szerzej drzwi, zza których
buchnął odurzający smród ziół, mikstur i duchoty. Bliska
omdlenia Maria padła na kolana, pochylając głowę.
— Czekałam na ciebie — powiedziała stara kobieta.
— Przodkowie poinformowali mnie o twym przybyciu. Masz dar, ale
będziesz musiała ciężko pracować, by spłacić me nauki.
— Mam pieniądze — wyszeptała Maria w języku,
którym nigdy przedtem nie mówiła.
— Wiem, przodkowie powiedzieli mi, że starczy na
dwa lata. Następne trzy będziesz musiała odsłużyć u mnie. Od
dziś twoje imię to Mutsa i zasłuż sobie na nie ciężką pracą.
Od tamtej chwili minęło tyle lat... Mutsa
podniosła wzrok. Przed nią siedział jedyny biały człowiek,
jakiemu pomogła w swym afrykańskim życiu. Pomagał jej ludowi,
jak tylko mógł, dziś postanowiła udzielić mu rady za darmo.
— Błękitnooki Anioł wtargnie w twe życie.
Spotkasz go wkrótce. Narazi cię na niebezpieczeństwo, o jakim
nie śniłeś. Ale nie możesz odmówić mu pomocy. Idź i pamiętaj, że
wojny, na których byłeś i które opisywałeś, miały cię
przygotować do tego właśnie spotkania.
[1]
Khayelitsha — slumsy na przedmieściach Kapsztadu, w języku
khosa oznacza "mój nowy dom".
[2]
Afrykanie to mieszkańcy Afryki, Afrykanerzy to potomkowie
białych kolonizatorów pochodzenia holenderskiego. W czasach
apartheidu praktycznie cała władza była w ich rękach.
Afrykanerem był równierz prezydent Frederik de Klerk, który
zrozumiał, że nie da się dłużej utrzymać apartheidu
i przekazał władzę w ręce Nelsona Mandeli.
|